Chapter Text
-Nie jestem pewien, czy wyraziłem się wystarczająco jasno kiedy tak ładnie mdlałeś ostatnio, ale...- wycierając nieco wilgotne dłonie Doktor Lokin rzuca spojrzenie na gościa w swojej małej domenie. Drobne pomieszczenie medyczne na statku od dłuższego czasu bardziej przypominało laboratorium, z ustawionym sprzętem do badań, lodówką, kilkoma dodatkowymi krzesłami itp. - Nie jestem do końca pokładowym medykiem
Kończy rozbawiony rzucając brudną tkaninę na wolne krzesło i odwracajac się w pełni do swojego przełożonego.
Wysoki i szczupły Chiss z nieco pobladłą twarzą z lekka opiera się o framugę obserwując go. Lokin przyzwyczajony do pracy z dzikimi bestiami stworzeniami na granicy ludzkości zwykł twierdzić, że mało rzeczy go przeraża. Jednak wśród tych które rzeczywiście go uderzają, można by spokojnie wpisać chłodne, lśniące nawet w mroku czerwone oczy jego nowego szefa.
Było coś...nienaturalnego w niebieskiej skórze, twarzy niewyrażającej żadnej emocji i pustych oczach. Lokin nigdy nie uważał się za wielkiego rasistę. Nie mógł jeśli podmiotem jego badań było stanie się jednym z bezmózgą bestią polująca na mięso i nie gardzącą nawet człowiekiem. W końcu dążenia do stworzenia idealnego osobnika, człowieka na ludźmi, humanoida pozbawionego wad i granic wymagało od niego zaakceptowania umiejętności i wyższości tak zwanych ,,dzikich ras" w niektórych akceptach.
Jednak Chissowie? Oj oni mieli w sobie coś niepokojącego. Nic dziwnego, że jedni z najlepszych imperialnych dowódców i agentów pochodziło właśnie z tej rasy.
Teraz jednak obserwując drugiego podczas tych kilku chwil ciszy zauważył, że... brakuje tego lodowatego płomienia w jego oczach. Lustrując go jeszcze raz wzrokiem dopiero teraz zauważa napięcie w ramionach, ciemniejsze plamy na ubraniu i sposób w jaki mężczyzna opiera się o framugę. Było w tym mniej wcześniej założonej przez doktora nonszalancji, a więcej... Wsparcia. Lokin musi lekko przyznać, nie spodziewał się, że Agent nie dostając jasnego zaproszenia lub zgodny na pomoc, będzie czekał zamiast naciskać. Imperialni dowódcy mieli w zwyczaju raczej żądać. I to od razu.
Odsuwa się lekko kiwając głową na łóżko (oryginalną część tego pomieszczenia) nim dodaje z westchnieniem.
-Ale to nie znaczy, że nie udzielę tyle pomocy ile mogę z moimi umiejętnościami. Chociaż muszę przyznać... Dotychczas jeśli nie zemdlałeś na pokładzie, raczej nie bywałeś u mnie z takim problemem. -pogodny ton dość łatwo maskuje zmartwienie jakie zaczyna rosnąć w piersi mężczyzny. Naprawdę jedyny raz kiedy Agent go odwiedził w medycznej kwestii, a nie w ramach uprzejmej rozmowy, był wtedy jak zemdlał na pokładzie dając wszystkim mały zawał. Ilość paniki, wielokrotnego sprawdzania statku i zabezpieczeń była imponująca tamtego dnia.
Agent z chrząknięciem odpycha się od ściany i kieruje w stronę łóżka już w marszu pozbywając się butów, a następnie części uprzęży z bronią. Jego krok jest lekko chwiejny i Lokin spina się gotów do skoku w każdej chwili. Szczęściem (lub uporem tego szaleńca) nic niepokojącego się nie dzieje. Chiss siadając na krawędzi łóżka odpina powoli kamizelkę i koszulę ściągając je szybkim ruchem, a jedną informacja o bólu jest syknięcie.
Sam doktor mimowolnie się skrzywił widząc czerwie n pokrywającą plecy i bok drugiego. Kolor ten odznaczał się na niebieskiej skórze w ciekawy sposób, przybierając niemalże fioletowe odcienie.
-Dotychczas nie miałem tak dużej rany na plecach, której nie mogłem dotknąć . - Odpowiada rzucając mu wymowne spojrzenie. Lokin z lekkim uśmiechem przytakuje, chociaż jego nos się marszczy. Krew Chissów pachniała... Inaczej. Bardziej... metalicznie, kamiennie. Ludzka krew pachniała nieco cieplej, bardziej słodko, zwierzęca (a zwłaszcza Rakghuli ) miała w sobie pewien aspekt brudu, kwaśności. Chissowie? Byli czymś innym, i rakghul w trzewiach doktora zaczynał drapać i wyć z ciekawości. Nic dziwnego, że na Taris tak wiele bestii chętnie na niego polowało i skupiało swoje ataki na nim, nie na jego towarzyszach.
Zapachowo był po prostu... rozkoszną nowością której mało kto chciałby się oprzeć.
Gestykulując zachęca mężczyzynę do położenia się na brzuchu, a ten po krótkiej chwili rozciąga się odsłaniając całe plecy.
-Oczyszczę całę twoje plecy z pomocą mokrej tkaniny nim zabiorę się za łatanie. - ostrzega go odchodząc na chwilę. Leje do miski wody o przyjemnej letniej temperaturze i bierze dwie czyste szmatki. Stawia wszystko na małym stoliczku obok. - Z ciekawości... Co dokładnie się stało...?
Agent porusza się, opierając głowę tak, by przymknięte czerwone oczy nadal wpatrywały się w lekarza. Ten uśmiecha się do niego uprzejmie i ku własnemu zaskoczeniu dostaje w odpowiedzi lekkie uniesienie wargi.
- Rozważał pan kiedyś idee, że jest pan zbyt ciekawy dla własnego dobra Doktorze?
-Właściwie tak - Lokin prycha zaczynając od ramion i oczyszczając je z wpół zaschniętej krwi. Może poczuć, jak w kontakcie z wodą mięśnie się napinają i zawiesza... tylko na chwilę wzrok na tym - gdybym nie był ,,zbyt ciekawy" to z całą pewnością nie byłbym naukowcem którym teraz jestem.
-Sprawiedliwie - Chiss prycha odsłaniając na chwilę zęby. Żołądek doktora ściska się lekko na ten widok, a on sam z praktykowaną od lat kontrola skupia na plecach drugiego. - Informacje były trafne. Liczby się zgadzały i tak dalej, i tak dalej. Nieoczekiwanym... wybojem jednak okazało się wpadnięcie na handlarzy niewolnikami.
-Nie uważałem pana za tak... wspaniałomyślnego by ratować niewolników - odpowiedź doktora jest niemalże natychmiastowa. Udało mu się już oczyścić wszystko poza okolicami rany, odsłaniając przy tym napięte mięśnie pleców, poznaczoną błękitnymi bliznami skórę i coś o wyjątkowo przyciągnęło jego uwagę. Obecnie jednak skupia się na skórze samych plecach. Drugą dłoń przykłada płasko w okolicach bioder, naciągając lekko skórę by ułatwić sobie dostęp do ran, jednak... nie może powstrzymać się od rozkoszowaniem tą chwilą.
Chiss mimo setek blizn jest.... delikatny. Miękki w dotyku. Brakuje naturalnej suchości i szorstkości która cechuje ludzi. Chociaż bije od niego chłód tam gdzie pocieranie szmatą nagrzało ciało, kolor staje się... jaśniejszy. Mniej granatowy, a bardziej intensywnie niebieski. Fascynujące jak szybko jego ciało zmieniało się w prawdziwą paletę kolorów. To w niczym nie przypominało ciała przeciętnego humanoida. Nawet te ogrzane partie wciąż zdawały sie być chłodne pod jego dłońmi. Fascynująca rasa.
-I dobrze uważałeś - odpowiedź pojawia się dopiero po chwili, jest tak nieoczekiwana, że Lokin na chwilę zamiera zaskoczony. Po chwili jednak mruczy zachęcająco. - sytuacja trochę się zmienia gdy to ja mam być niewolnikiem....
Słowa zostały przerwane jękiem bólu, i Lokin dopiero po chwili zauważył, że będąc zszokowanym tym spokojnym stwierdzeniem nieświadomie wbił za mocno palce w ciało drugiego. Natychmiast przeprasza odsuwając się i wyrzucając szmatę. Odsuwa się dwa kroki biorąc głęboki wdech, nim potrząsa głową.
-Przepraszam, ale... co?
-Trochę się przeliczyli, ale... mieli bicz z kolcami na końcu i cóż...- Tak, to wyjaśniało rany na plecach i boku, ale... Lokin widział Agenta w wielu sytuacjach. Stojącego prosto i bezsztającego sithów przed którymi inni się kulili. Grającego na trzy fronty by pokonać Republikę. Ze stocikim spokojem i brakiem załamania obserwującego jak organizacja której poświęcił życie jest przejmowana i powoli wyniszczana przez innych. Chociaż bywał lekkomyślny i zaskakująco odważny, Agent w oczach doktora zawsze był... niewzruszoną siłą. Oazą na wzburzonym morzu, nieulęknioną i nietykalną skałą. Kimś kogo nie da się złamać. NIe istotne kto próbował, ani jak.
Jedyny moment kiedy się złamał był kiedy choroba i zmęczenie wygrały z jego ciałem i stracił przytomność na pokładzie. Niepokojące, ale wyjasnione przez odwodnienie i zmęczenie. A i tak ten upadek doprowadził wszystkich na skraj, jakby każdy członek załogi w głębi duszy wierzył w to, że nawet siły natury go nie zatrzymają.
I teraz... sama myśl o tym, że ktoś spojrzał na mężczyznę i uznał, go za material na niewolnika? To było niewyobrażalne. Rzucając kolejne spojrzenie na leżącego przed nim Chissa musi powstrzymać warknięcie. Zazwyczaj trzymał swoje zwierzęce instynkty na smyczy, ale sama idea Agenta w obroży, pobitego z śladami bata na plecach...
Wprawiała go w furię. Odsuwa się biorąć kilka narzędzi.
-Zamknę teraz główną ranę i przebadam pana pod kątem innych dobrze? Chciałby pan coś na ból?
Przeczące mruknięcie wystarcza by Doktor zabrał się do pracy kończąc czyścić ranę, nakładając na bok i plecy plastry z bacty i aktywując lecznicą substancję. Kiedy ta zaczyna działać, a mężczyzna ma czyste dłonie nadchodzi czas na... ciekawszą sprawę.
Agent od czasu swojego wyznania jest cicho, wpatrzony w przeciwległą ścianę z pustym wzrokiem, który Lokin chce jak najszybciej zlikwidować. Jego dłonie wciąż lekko świerzbią by przebadać lśniące metalowe zaczynające się na wysokości łopatek i ciągnące niżej do bioder. Delikatne wszczepy, bardziej przypominające ledwo widoczne linie sięgają ponad łopatki znikając dopiero na karku częściowo zakryte przez nierówno przycięte czarne włosy. Fascynowało go jaki rodzaj implantów... lub pojedynczy implant wymaga takiej technologii podążającej z linią kręgosłupa, złożonych wieloobszarowych elementów i naruszenia ciała w tak wielu miejscach. Jego palce sporadycznie muskały urządzenia, ale ani razu nie przyglądał się dokładniej.
Jaką technologię potrzebował Agent, że zdecydował się na tak duży zabieg? Co dokładnie skrywały pod sobą te niewielkie metalowe płytki...?
Jego ciekawość i naukowe pragnienie wiedzy musiało być jednak zduszone w obliczu dreszczy przeszywających ciało Agenta. Lokin poświęcił chwilę by przyjrzeć mu się porzucając swoją naukową fascynację jaka przejmowała kontrolę kiedy miał szansę zobaczyć drugiego w czymś innym niż zbroi lub sprzęcie bojowym. Nie jego wina, naprawdę Agent ze swoim wyjątkowym wyglądem i charyzmatyczną postawą niezwykle łatwo rozpraszał go. Mimo to.
Lokin skupił się ignorując lekkie swędzenie w umyśle które sprawia, że chce głębiej oddychać, pozwalać by rakghul w nim napełnił się wonią krwi i potu drugiego, przyciskać dłonie do zimnej skóry i badać każdy możliwy...
Nie teraz! Gryzie się w wargę na tyle mocno by metaliczny posmak zaspokoił stworzenie które zaprosił do swojego ciała i koncentruje się na celu.
Chiss był zaskakująco blady, błękitnawy, mocno zaciskał wargi, a jego oczy, były przymknięte w skupieniu, nie jak błędnie ocenił, rozluźnieniu lub rozproszeniu.
Również jego dłonie zaciskały się na krawędzi łóżka, a całe napięcie w jego ciele... nie mogło wynikać tylko z bólu.
Pierwszy raz odkąd zaczęła się ta rozmowa Lokin rozważył, że... być może fakt, że był postrzegany jako ,,atrakcyjny niewolnik" naprawdę uderzył Agenta...
Huh...
Zapomina jak młody jest facet. Między ciężką do odczytania twarzą i tendencją do maskowania emocji ciężko było wyłapać łagodniejsze rysy twarzy, brak zmarszczek i ogólne uczucie młodości. Jednak Agent nie mógł mieć więcej niż 30 lat. Zmierzył się w wieloma rzeczami, z tego co wyłapał Doktor w jakiś cichszych rozmowach, mamrotaniu i podejrzeniach załogi (ponieważ nie możesz się nazywać dobrą załogą jeśli nie plotkujesz o swoim kapitanie przez połowę czasu spędzanego razem. Zwłaszcza jeśli nie zawsze wszyscy towarzyszą mu podczas wycieczek na ląd i trzeba mieć pewność, że w przypadku następnej wycieczki i zmiany towarzysza ten będzie wiedział do kogo strzelać i na co uważać. Tak czy siak plotki chodził po pokładzie gęsto razem z teoriami i innymi spiskami.) obejmowało to kontrolę umysłów. Teraz Doktor nie znał szczegółów związanych z tym, ale zarówno Vector jak i Kaylio potwierdzali w swoich historiach, że te republikańskie ścierwa miały zbyt dużego haka na niego i z jakiegoś powodu agent do ostatniej chwili nie mógł się zbuntować. O rozmowie którą Kaylio szeptem opowiadała, jak bardzo oburzony był były jedi, że Agent się uwolnił... cóż to tylko potwierdzało teorię o kontroli umysłów z którą ich dowódca mierzył się sam.
I szczerze mówiąc...? Doktor mający doświadczenie przede wszystkim z utratą kontroli kiedy pozwalał bestii na przejęcie kontroli, nie do końca był w stanie sobie wyobrazić przez co musiał przechodzić agent będąc tak bardzo na czyjejś łasce. Jednak sądząc po tym jak brutalnie zabił ex-jedi i spięty bywał po wizytach w siedzibie wywiadu łatwo było założyć, że nie do końca dobrze sobie z tym radził.
I czyż nie groźba niewolnictwa byłaby najlepszym przypomnieniem takich dni... I najgorszą traumą z jaką może się zmierzyć?
Mocy... Lokin z lekka przeklnął w myślach wpatrując się w swojego przełożonego, który usilnie starał się zachować spokój. Musi pocieszyć tego dzieciaka prawda?
Z stęknięciem które stanowi swoiste ostrzeżenie, mężczyzna siada na krawędzi łóżka na wysokości brzucha drugiego. Agent zerka na niego, a doktor wzrusza ramionami.
-Już nie te lata bym wisiał nad leżącą osobą kilka godzin i operował czy coś - odpowiada wyjaśniająco przysuwając do siebie stoliczek z miską i szmatami. Wrzuca tam przed chwilą używaną i wyciska obserwując chwilę jak woda zabarwia się na czerwono - poza tym tak sobie pomyślałem, że to musiał być ciężki dzień też dla ciebie co? Hey, krótka rada od starszego kolegi dzieciaku?
Ostrożnie dobiera słowa nie chcąc zranić lub spłoszyć drugiego. Opiera jedną dłoń między jego łopatkami w leniwy i nieco bezmyślny sposób masując skórę.
-Wiem, że wy Agenci macie to całe podejście ,,przeszłość nie istnieje", ,,jestem narzędziem imperium" i takie tam. Lubicie byc cali tajemniczy i nieuchwytni nawet dla własnych lekarzy - ciche prychnięcie mu przerywa. Kiedy zerka na drugiego dostrzega nieco większy spokój niż wcześniej. Dobrze. - Ale wiesz każde narzędzie trzeba oliwić. Nie ma co się przemęczać i udawać że nie ma problemów wiesz? Znałem kiedyś agenta który na misji wpadł w niezłe gówno, i straszni ego to zżerało. Psychicznie go męczyło. Dupek tak dał się temu kontrolować, że na następnej misji umarł. To co chcę powiedzieć... to, hey jeśli to była ciężka misja i masz z tym problem, nie duś tego w sobie? Nie warto. Zwłaszcza, że masz tutaj niezłą załogę, której można ufać hmm? Pani Kaylio nawet jeśli jest surowa zawsze trzyma się twojego boku. Vector posyła ci szczenięce oczy jak największy fan i zna pewnie tysiąc i jeden sposób na komfort... A jeśli trzeba to i ja wykrzesam z siebie więcej człowieka niż naukowca.
-Wiem - odpowiedź jest nieco przytłumiona, przez ramię które Agent wsunął pod głowś obserwując go. Wydaje się, że przemowa zadziałała. Zadowolony z siebie Lokin klepie go ostatni raz po plecach i wstaje rozciągając się lekko. Jego plecy strzykają w trzech różnych miejscach, co powinno być niepokojące, ale mało się tym przejmuje.
Dobra szefie, prześpij sie. Zostań tutaj, chciałbym za jakieś 3 lub 4 godziny spojrzeć na tą ranę i jeśli pozwolisz to na plecy. Nigdy nie widziałem takiego technologii i nie będe kłamać... jestem zafascynowany.
Mija chwila cichszy, nim Agent kiwa głową. Lokin zadowolony z odpowiedzi idzie po koc dla swojego pacjenta, ale nim opuszcza pomieszczenie by zajrzeć do magazynu słyszy jeszcze ciche.
-Dziękuję... za wszystko doktorze.
